Z historii kanalizacji warszawskiej. O trudnym przedsięwzięciu Starynkiewicza
FACEBOOK |


kontakt


Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
ul. Zielona 27, Łódź
tel. 42 632 3118
www.zrodla.org

sponsorzy

Projekt „Aby dojść do źródeł, trzeba płynąć pod prąd” o wartości całkowitej 433.900 zł dofinansowany jest w kwocie 378.880 zł ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a jego część pod nazwą „Łodzią po skarb – gra miejska i warsztaty dla uczniów dotyczące ochrony wód” o wartości ogólnej 43.458 zł jest dofinansowana w formie dotacji ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi w kwocie 25.050 zł (słownie: dwudziestu pięciu tysięcy pięćdziesięciu złotych).

Zgodnie z wymogiem WFOŚiGW musimy też podać w tym miejscu link do strony www.zainwestujwekologię.pl



patroni





stat4u


Z HISTORII KANALIZACJI WARSZAWSKIEJ,
CZYLI O TRUDNYM PRZEDSIĘWZIĘCIU STARYNKIEWICZA


Kiedy Sokrates Starynkiewicz, rosyjski generał, świeżo mianowany na pełniącego obowiązki prezydenta Warszawy, w 1879 roku przedstawia szerszej publiczności plan skanalizowania miasta i rozbudowy sieci wodociągowej, ściąga na siebie niespodziewaną burzę. Mimo że początkowo wieść o planowanym przedsięwzięciu nowego włodarza cieszy się uznaniem, projekt poddany do dyskusji na łamach prasy, wywołuje falę emocjonalnych sprzeciwów. Zwłaszcza perspektywa skierowania gnojowych gór „w głąb” miasta wprowadza mieszkańców w popłoch.

Tymczasem Warszawa końca XIX wieku wkracza w etap intensywnego uprzemysłowienia, zaczyna przekształcać się w metropolię i bardzo takiej inwestycji potrzebuje. Funkcjonuje tu już ponad 450 fabryk, plebs zamienia się w klasę robotniczą i nieubłaganie rośnie liczba ludności. Otoczone fortami obronnymi miasto nie może zwiększać swojego zasięgu, a wraz ze wzrostem demograficznym – co zrozumiałe – zaczynają je przepełniać odchody komunalne. Poważany warszawski prawnik Adolf Suligowski podlicza na przykładzie francuskich badań medycznych, że szacunkowa liczba 450.000 mieszkańców produkuje 9.726.428 kilogramów ścieków dziennie. W Warszawie nieczystości płyną otwartymi kanałami, wobec czego zepsucie powietrza sięga takiego stopnia, że mieszkańcy – żeby nie wpuścić morowych wyziewów do domu – ryglują na stałe okna, a jako taką jakość domowych zapachów podtrzymują za pomocą silnie pachnących trociczek, wody z octem i potpourri.

Nie przeszkadza to jednak odstołecznionej pod carskim zaborem Warszawie, aspirować do miana Paryża Północy. Życie towarzyskie, kulturalne i umysłowe kwitnie: pełne teatry, najświetniejsi artyści i gwarne restauracje pustoszejące dopiero nad ranem, to stałe elementy krajobrazu miasta. Warszawie katastrofalnie brakuje jednak odpowiednich udogodnień. Pisarz Henryk Sienkiewicz ironizuje o polskim Paryżu: „Jak miłym jest na przykład widok po ulewnym deszczu, kiedy bruk pod falami znika sprzed naszych oczu, a przechodzień pogrążając nogę w chłodne wody nie wie, czy trafi na grunt kamienisty, czy na pokład błota, czy na koniec na jaki ściek otwarty”. Antropolog Włodzimierz Pessel zauważa natomiast, że gdy Ignacy Rzecki, potrzebując załatwić „pilne interesa” na mieście, przywołuje dorożkę, to londyńczycy już od kilku lat jeżdżą metrem, a mieszkańcy Berlina i Wiednia niedługo przesiądą się do elektrycznych tramwajów.



Rynek Starego Miasta w Warszawie 1882-1888. CC0

Starynkiewicz, odbierając urząd, zastaje Warszawę z następującymi rozwiązaniami sanitarnymi: nieczystości płyną z podwórek otwartymi rynsztokami, a gdy w budynku brakuje podłączenia do rynsztoka, obowiązuje niepisana zasada tout à la rue – wszystko na ulicę. Z rynsztoków ścieki wpadają do kanałów odpływowych, których długość w latach 70. sięga jedynie 20 kilometrów. Najczęściej wykonane z drewna, są w opłakanym stanie technicznym: gniją, zapadają się i przeważnie bywają zapchane. Nie odbierają wód podpowierzchniowych i nie przyjmują odpływów opadowych po silnych deszczach. Na ulicach warszawskich wobec tego stale panuje wilgoć, zaś w czasie obfitych opadów ustawiczne zdarzają się podtopienia piwnic i suteren. Ścieki na koniec trafiają do kilku starych „kolektorów”, a ówczesny generał-gubernator warszawski Paweł Kotzebue ubolewa, że „[...] wodociąg pobiera wodę z Wisły dokładnie tam, gdzie wypływają nieczystości z kanałów miejskich”.

W ramach prywatnych udogodnień sanitarnych, warszawiacy korzystają w tym czasie z prostych podwórkowych ustępów – rzadko odkażanych, gnijących, wyposażonych w imitację sedesu lub deskę do stania. Latryny często pozbawione są zamka, a nawet drzwi. Do gromadzenia ekskrementów wykorzystuje się beczki lub wykopane w ustronnym kącie śmieciowe doły i jamy kloaczne. Ich zawartość osuszają beczkowozy – niezbyt regularnie ani, z braku możliwości, rzetelnie – żeby następnie wywieźć ją za miejskie granice. Można tu mówić raczej o prowizorycznym oczyszczaniu miasta niż o skutecznej infrastrukturze. Ustępami prywatnymi może się pochwalić tylko 4% warszawskich lokali, w niektórych lepszych kamienicach wychodki są zorganizowane w sieni czy pod schodami, a w pozostałych każdego ranka między podwórzem i mieszkaniem krążą nocniki lub chwilowo angażowane do tej roli garnki kuchenne.

Podobnie sprawy się mają z dostępem do instalacji łaziebnych. Zanim zagoszczą w warszawskich mieszkaniach na dobre, miną dziesięciolecia. Tymczasem warszawiacy myją się w misce czy dużej balii. Wanny posiadają nieliczni, bo są za drogie, a organizacja kąpieli to duży ambaras. Większość korzysta z publicznych łaźni – na przykład nad Wisłą, w okolicach Nowego Zjazdu, w oddzielnych gabinecikach są dostępne drewniane wanny dla większej liczby osób, z doprowadzaną rurami ciepłą i zimną wodą. W uproszczonej wersji trafiamy na nadrzeczne kabiny kąpielowe, czyli drewniane budki na palach, przez które przepływa woda. W samym nurcie Wisły otwarcie i bezkarnie może kąpać się tylko biedota.



Pocztówka przedstawiająca most Kierbedzia w Warszawie ok. 1900. Lic. domena publiczna

Warto dodać, że na przełomie wieków w najlepszych kurortach europejskich jest popularny uzasadniony pruderią wynalazek: są to tak zwane „maszyny do kąpieli”, czyli zaprzężone w osła czy konia karety do zanurzania wstydliwych dam w bezpiecznej odległości od wypoczywających plażowiczów. Potrzeba higieny w owym czasie często spotyka się z pewnym sceptycyzmem, więc chętnie maskuje się jej braki. Mężczyźni używają na co dzień celuloidowych kołnierzyków i mankietów, a kobiety noszą wszywane pod sukniami potniki, czyli nasiąkliwe wymienne poduszeczki, które skraplają od czasu do czasu wodą kwiatową.

Największym problemem jest jednak zaopatrzenie w wodę. Istniejący w Warszawie wodociąg Marconiego pobiera jej dziesięciokrotnie mniej niż potrzebuje szybko rozwijające się miasto, a smak i jakość transportowanej wody budzą co najmniej wątpliwości. Pobierana z płytkich studzien lub z przypadkowych cieków i strumieni, stanowi niepewną i ryzykowną do picia ciecz.

Mimo spartańskich warunków sanitarnych w mieście, po oddaniu projektu do prasy, Starynkiewicz musi silnie bronić ogłoszonych planów. Warto wspomnieć, że prezydent, wrażliwy na nastroje narodu pod zaborem, zadbał, by publikacja powstała nie tylko w języku rosyjskim, ale i po polsku.

Najgłośniej oponują właściciele kamienic, którzy akceptują co prawda kanalizację publiczną, ale odmawiają podłączenia do niej budynków, ponieważ nie chcą ponosić kosztów. Nie do pomyślenia jest również kwestia „przeniesienia” latryny do mieszkania – ostatniego bastionu chroniącego przed przykrymi zapachami. Powstaje w związku z tym poważna obawa, że mieszkania wyposażone w sedesy niemiłosiernie stracą na wartości. Kanalizacja na pewno zaszkodzi również zdrowiu mieszkańców. Ścieków co prawda nie będzie widać, ale tym bardziej społeczność warszawską elektryzują wyobrażenia morowego powietrza dniami i nocami sączącego się spod ziemi. Jan Bloch, wpływowy polski przedsiębiorca, ostrzega przed niebezpieczeństwem zapchania kolektorów i wylewu „rzeki ekskrementów” na ulice. Ponadto domowe toalety uważa za luksus, na który nie stać niezamożnych mieszkańców, a zaplanowana inwestycja niechybnie uderzy właśnie po ich kieszeni. „Będziemy mieć kanały, nie będziemy mieć koszul”, straszy polemista, opowiadając się za budową kanalizacji minimalnej, bez prowadzących do domów przykanalików.

Wtóruje mu przeciwnik kanalizacji Władysław Rudnicki, który zachęca do większej ostrożności i ostrzega przed dwufunkcyjnością projektu. Uważa, że Warszawa powinna najpierw zainwestować w „ważniejsze” wodociągi, a kanalizację ogólnospławną odłożyć na bogatszą przyszłość. Rudnicki, wyraźnie nieufny wobec wdrażanej zmiany, grzmi w prasie o zaistniałej akurat awarii jednego ze zbudowanych już kolektorów. Jak pisze o nim antropolog Pessel – dyskredytuje kanalizację z taką powagą, jakby przyroda kierowała się jakimś szczególnym prawem moralnym i w odwecie za nieczystości wpuszczane do rzeki, co rusz dziurawiła ściany kanałów.



Widok na Filtry Lindleya z i dom Boduena (po lewej) z góry, autor Piotr Panek. CC 3.0

Duże znaczenie ma rozmach inwestycji. Projekt zamówiony u Lindleyów, rodziny angielskich inżynierów i najlepszych w owym czasie specjalistów od spraw kanalizacji w Europie, zakłada wykorzystanie nowoczesnych, a więc kosztownych technologii i materiałów najwyższej jakości. Ponadto infrastruktura jest zaplanowana „na wyrost”, czyli na pół miliona mieszkańców. Padają zarzuty o rozrzutność. Tymczasem Starynkiewicz, żeby nie obciążać kasy miejskiej, po cichu kupuje bardzo drogą dragę, czyli pogłębiarkę niezbędną do wybudowania pomp rzecznych, za prywatne pieniądze ze sprzedaży papierów wartościowych. Problem stanowi także obce pochodzenie Lindleyów. Mimo ich doświadczenia w skanalizowaniu m.in. Hamburga i Frankfurtu nad Menem oraz opinii niezrównanych specjalistów, Starynkiewicz powinien zatrudnić specjalistów polskich, którzy niezrównanie lepiej znają specyfikę Warszawy.

Na dobitkę, obcy Lindleyowie budzą klasyczne kontrowersje – pomyleni najpierw z Niemcami, a jako Niemcy z Żydami, są posądzani o osobliwy spisek. Ich „niecne zamiary” kilka lat po zakończeniu inwestycji odkrywa niejaki F. R. „Rolnik Nadwiślański” w opublikowanej w 1900 roku broszurze pt. „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”. Broniąc dotychczasowego składowania nieczystości poza miastem, autor wychwala kulturowe i ekonomiczne zalety użyźniania ziemi ludzkimi odchodami. Ich nieszkodliwości dowodzi m.in. kwitnące zdrowie robotników miejskich, oczyszczających ludzkie ustępy. Straszliwy wynalazek Żydów natomiast ma odwrócić naturalny dla Słowian obieg nieczystości w przyrodzie i skierować zrujnowanych, pozbawionych cennego nawozu słowiańskich rolników do dużych aglomeracji. Tam, wydani na łaskę i niełaskę kapitalistycznych intrygantów, oddalą się od chrześcijaństwa. Poza Lindleyami za ten wywrotowy plan dostaje się także Immanuelowi Kantowi i innym filozofom niemieckim, jak również Wolterowi i myślicielom francuskim.

Starynkiewicz, rad nie rad, cierpliwie tłumaczy, argumentuje, odpowiada na wszelkie zarzuty i oszczerstwa na łamach prasy, na dodatek ciągle prosząc o tłumaczenia tekstów przez polskich przyjaciół. W rzeczywistości mógł wprowadzić taką kanalizację, jaką chciał, nie zważając na protesty. Jednak: „Zdawało się, że gdyby usłyszał, że strażak na ratuszu ma przeciwne zdanie – wspomina współczesny prezydentowi Antoni Świętochowski – poszedłby na czatownię, ażeby go przekonać.”





W czasie, gdy w Warszawie trwają zagorzałe dyskusje, prezydent musi przede wszystkim przekonać do projektu zwierzchników. Według carskich kancelarii tak duża inwestycja nie przysługuje prowincjonalnemu miastu w Kraju Przywiślańskim, zwłaszcza że w kolejce do kanalizacji stoi również Petersburg. Nawiasem mówiąc, carska stolica nie ma nic przeciwko temu, że Warszawa powoli grzęźnie w gnoju. Negocjacje trwają dwa lata i na pewno potrwałyby dłużej, ale paradoksalnie przyśpieszyli je swoim protestem właśnie warszawscy kamienicznicy. Władza carska odczytała z ich zbiorowego oporu zagrożenie dla własnej instytucji i poparła Starynkiewicza. Dodatkowo, w guberni astrachańskiej wybucha wówczas epidemia dżumy, która sieje popłoch w całej Europie, a właśnie Warszawa ma do rozwoju zarazy najlepsze predyspozycje. Projekt Lindleyów zostaje zatem zatwierdzony i pierwszą czystą wodę z lindleyowskich powolnych filtrów piaskowych Warszawa odbierze w 1886 roku. Nadzór nad inwestycją obejmuje William Heerlein, najstarszy syn autora projektu technicznego, Wiliama Lindleya, a potem kolejno jego dwaj młodsi bracia. Prace modernizacyjne kończą się w 1904 roku na przyłączeniu dzielnicy Powiśle do kanalizacji ogólnospławnej.

Do budowy Stacji Filtrów zostaje użyta specjalna czerwona cegła, wykonana bez dodatku wapnia. Lindleyowie pieczołowicie sprawdzali jakość cegieł, mocząc je przez długi czas w wodzie, aż wreszcie zdecydowali się na dostawcę z Kawęczyna. Budulec okazał się tak trwały, że nadal znajduje się wewnątrz Warszawskich Filtrów w dobrym stanie technicznym. Ponadto teren Filtrów zaplanowano także jako park, w którym warszawiacy za drobną opłatą wypoczywają prawie od lat 30. Od 2012 roku cały kompleks zabudowań lindleyowskich wraz z zielenią dostaje kwalifikację pomnika historii. Jego unikatowość polega na tym, że lindleyowski zakład w Warszawie jako jedyny na świecie ciągle pozostaje w użyciu.



Filtry Warszawskie przy ul. Koszykowej 81. Hala Filtrów Powolnych. Autor: Robert Parma. CC 3.0

Od 1931 roku wodę opuszczającą filtry powolne poddaje się chlorowaniu, a dwa lata później, w odpowiedzi na potrzeby rosnącego miasta do systemu wodociągowego dołącza Zakład Filtrów Pośpiesznych. Zostanie on zniszczony podczas II wojny światowej, podobnie jak i Stacja Pomp Rzecznych na Czerniakowie, co powoduje tymczasowe odcięcie Warszawy od Wisły. W ciągu pierwszych lat powojennych długość sieci wodociągowej wzrasta o 157 kilometrów, a kanalizacyjnych o 144 kilometry. Okres powojenny demokratyzuje politykę urządzeń sanitarnych. W planach powstających po wojnie budynków pojawia się obowiązkowa łazienka.

W 1964 roku do pierwszego ciągu technologicznego, zaprojektowanego przez Lindleya dołącza Wodociąg Praski, którego zasadnicze ujęcie na Wiśle warszawiacy szybko mianowali „Grubą Kaśką” od podobieństwa do zabytkowej studni o tym samym imieniu na Tłomackiem (placu Tłomackim). Promieniście ułożone dreny pompują do „Kaśki” infiltrowaną wodę spod dna Wisły.



Widok na Wodociąg Praski zwany „Grubą Kaśką”. W tle – wieżowce Śródmieścia. Autor Piotr Panek. CC 2.5

Kolejnym ważnym krokiem w uzdatnianiu wody jest otwarcie w Stacji Filtrów drugiego ciągu technologicznego, opartego na procesie koagulacji w latach 70., a trzecim – uruchomienie Stacji Ozonowania Pośredniego i Filtracji na węglu aktywnym w 2011 roku. Dzisiejsza długość miejskiej sieci kanalizacyjno-wodociągowej mierzy się w tysiącach kilometrów, chociaż nadal z przewagą dla sieci wodociągowej.

W Warszawie funkcjonują dwie oczyszczalnie ścieków, od 2013 roku przygotowane do ich odbioru w całości: zmodernizowana w ciągu ostatnich czterech lat „Czajka” z 1991 roku i „Południe”, działająca od 2006 roku. Są wyposażone w hermetyczne urządzenia i system dezodoryzacji powietrza. Powstały w trakcie oczyszczania osad trwały poddaje się tam fermentacji i suszeniu, a uzyskany przy okazji biogaz wykorzystuje się do celów grzewczych. Mimo nowoczesnych rozwiązań, mieszkańcy Bielan jeszcze do niedawna uskarżali się na przykre zapachy z oczyszczalni „Południe”. Pessel natomiast podsuwa myśl, że zarządzanie nieczystościami niezmiennie pozostaje skutecznym narzędziem utrzymania władzy: zgodnie z tą tradycją, przed ostatnimi wyborami Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecuje przenieść oczyszczalnię za rogatki miasta.

Niezależnie od trudnych początków, inwestycję Starynkiewicza spotkało szybko uznanie, wodociągi zainicjowały również szereg zmian urbanistycznych i społecznych. Ich śladem w Warszawie pojawiły się kosze na śmieci, toalety publiczne, jak i wygodne sanitariaty domowe. Wraz z podwórkowymi wychodkami zanika również pewien mechanizm wzajemnej kontroli – jeśli wierzyć antropolożce Mary Douglas – latryny były gwarancją zgodnego życia między sąsiadami jako punkt wspólnych spotkań z cielesnością, gdzie wszyscy widzą.

Starynkiewicz, rosyjski generał początkowo chłodno przyjęty na stanowisku pełniącego obowiązki prezydenta, dał się poznać jako człowiek honoru i urzędnik służący społeczeństwu. Zostanie zapamiętany wśród najbardziej szanowanych i popularnych postaci w historii Warszawy. Miasto przeżyło za jego rządów prawdziwy skok cywilizacyjny, co biografka prezydenta, Anna Słoniowy ujmuje w parafrazie znanego przysłowia: „Zastał Warszawę w gruncie rzeczy osiemnastowieczną, a zostawił dwudziestowieczną”. Co prawda, mocno się przy tym namęczył, ale na szczęście nie machnął ręką i uszczęśliwił opornych warszawiaków „na siłę”.



Warto sprawdzić:

  1. Infografika o uzdatnianiu wody i oczyszczaniu ścieków w Warszawie, dostęp z dnia 14.03.2014.
  2. Krótki przewodnik po zabytkach Stacji Filtrów, dostęp z dnia 14.03.2014.

Źródła:

  1. Włodzimierz Pessel, „Antropologia nieczystości. Studia z kultury sanitarnej Warszawy”, Collegium Civitas, Warszawa 2010.
  2. Gdzie zrzucamy nasze ścieki, dostęp z dnia 19.02.2014.
  3. Paweł Rzewuski, Kanalizacja jako spisek żydowski, dostęp z dnia 17.02.2014.
  4. Kompendium wiedzy o Warszawie, dostęp z dnia 20.02.2014.
  5. Rosyjski warszawiak, dostęp z 22.02.2014.
  6. Warszawskie Filtry Pomnikiem Historii, dostęp z dnia 15.02.2014.
  7. Wielka Księga Warszawy: wodociągi i kanalizacja, dostęp z dnia 15.02.2014.


Dowiedz się więcej...