Fascynująca historia toalety
FACEBOOK |


kontakt


Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
ul. Zielona 27, Łódź
tel. 42 632 3118
www.zrodla.org

sponsorzy

Projekt „Aby dojść do źródeł, trzeba płynąć pod prąd” o wartości całkowitej 433.900 zł dofinansowany jest w kwocie 378.880 zł ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a jego część pod nazwą „Łodzią po skarb – gra miejska i warsztaty dla uczniów dotyczące ochrony wód” o wartości ogólnej 43.458 zł jest dofinansowana w formie dotacji ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi w kwocie 25.050 zł (słownie: dwudziestu pięciu tysięcy pięćdziesięciu złotych).

Zgodnie z wymogiem WFOŚiGW musimy też podać w tym miejscu link do strony www.zainwestujwekologię.pl



patroni





stat4u


Fascynująca historia toalety


Dla jednych są przedmiotem tabu, dla innych tematem żartów, ale są i tacy, jak na przykład Marcin Luter, którzy podczas korzystania z nich obmyślają plan naprawy świata. Choć pisanie o nich wydaje się niewdzięcznym zajęciem, ich historia jest bardzo ciekawa. Toalety, ubikacje, ustępy, wygódki, latryny, usiadki – bo o nich mowa – towarzyszą nam każdego dnia. Czy jednak było tak zawsze?

Skąd ta nazwa?

Słowo ubikacja, którego dziś używamy do określenia pomieszczenia służącego do załatwiania potrzeb fizjologicznych, dla naszych przodków oznaczało po prostu osobne pomieszczenie w domu. Mógł to być zarówno zwykły pokój, jak i salon, sypialnia czy choćby komórka bez okien przeznaczona do trzymania sprzętów gospodarczych.

Wcześniej w Polsce do określenia toalety używano słowa sławojka. Jest to niewielka budka zamykana od wewnątrz, zazwyczaj z umieszczaną w środku deską z otworem, podobna do dzisiejszego toi-toia. Jej nazwa pochodzi od imienia premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego, który za cel obrał sobie podniesienie poziomu zdrowotności i higieny polskiego chłopstwa. Po wprowadzeniu w Polsce w życie przepisów prawa nakazujących budowę ustępu na każdej działce budowlanej (1928 rok), premier jeździł po kraju kontrolując wymogi sanitarne powstałych ustępów, co wśród chłopów było tematem licznych żartów.

Aby poznać historię ustępu, musimy jednak cofnąć się w czasie o wiele dalej.

Kto grzebie w latrynie?

Choć wizja wyciągania czegokolwiek z dawnych latryn nie brzmi zachęcająco, wśród archeologów, lekarzy, botaników, architektów, ichtiologów, archezoologów, dendrologów i wielu innych naukowców kloaki uchodzą za bardzo cenny materiał badawczy. Latryny – poza tym, że służyły do wypróżnia się – pełniły niegdyś również funkcję dzisiejszego kosza na śmieci.

Dzięki specyficznym właściwościom fizykochemicznym wypełnienia latryny (środowisko beztlenowe i miękka konsystencja odchodów), przedmioty, które zostały tam wyrzucone lub przypadkowo wypadły korzystającym z nich ludziom, często zachowują się w nienaruszonym stanie po dziś dzień. Choć praca w dole kloacznym nie należy do przyjemnych, dla badaczy jest okazją do poznania zwyczajów oraz życia ludzi z różnych epok. W pozostałościach wychodków można znaleźć zarówno przedmioty użytku codziennego, m.in. talerze, garnki, sztućce, ubrania, biżuterię, monety, klucze oraz zabawki, jak i szczątki roślin oraz zwierząt. Dzięki badaniom laboratoryjnym materiałów znajdujących się w kloakach można także określić, co kiedyś jadła oraz na co chorowała ludność.

Wychodki są więc jednym z najbardziej interdyscyplinarnych obiektów badawczych. Nic więc dziwnego, że odkrycie latryny przyciąga na miejsce znaleziska wielu badaczy. Jeśli jednak podczas prac w naszym ogródku natrafilibyśmy na szczątki dawnej latryny, nie należy w przypływie badawczej euforii rzucać się na poszukiwanie zaginionych skarbów cywilizacji. Trzeba pamiętać, że podczas procesów gnilnych zachodzących w dołach kloacznych wytwarzane są gazy, które mogą być trujące, a w kontakcie z ogniem nawet wybuchowe. Im znalezisko młodsze, tym bardziej niebezpieczne, gdyż nieprzerobiona materia organiczna może być bogata w metan oraz różnego rodzaju bakterie. Aby oddawać się poszukiwaniom, konieczny jest więc odpowiedni strój, maska i doświadczenie.

Przyjrzyjmy się teraz dokładniej, co wynika z badań prowadzonych w dawnych ustępach.

Burzliwa historia toalety

Pierwsze toalety powstały 4500 lat temu w Mohendżo Daro (dolina Indusu). Były to miejsca, gdzie można było usiąść, a nieczystości usunąć za pomocą wody. W takie urządzenia zaopatrzony był każdy dom, a wodę z nich odprowadzano systemem podobnym do dzisiejszych sieci wodociągowych. Może się więc wydawać, że od tamtych czasów właściwie niewiele się zmieniło.

Przed naszą erą ustępów używano już także w Chinach, Babilonie, Egipcie oraz na Krecie. W starożytności z toalet korzystano zbiorowo, nie istniał podział na toalety damskie i męskie, a poszczególne sedesy ustawione były naprzeciwko siebie. Ich liczba dochodziła niekiedy nawet do 50 stanowisk w jednym pomieszczeniu. Nic więc dziwnego, że toalety pełniły również funkcję miejsc spotkań, pogawędek, negocjacji i plotkowania.

Rozwój toalet zapowiadał się obiecująco, jednak historia lubi płatać figle. I tak wraz z upadkiem Cesarstwa Rzymskiego zapomniana została również sztuka budowania akweduktów. W efekcie w średniowiecznej Europie Zachodniej, mimo stosunkowo szybkiego rozwoju cywilizacyjnego, zapanowała istna „wypróżnieniowa anarchia”. Wprawdzie funkcjonowały miejsca zwane wychodkami, ale służyły głównie jako pomieszczenia gospodarcze.

Rzymskie latryny w Efezie


„Wypróżnieniowa anarchia”

W XVII wieku dbałość o higienę zupełnie zanikła. W tym czasie załatwiano się najczęściej gdzie popadnie, a publiczne wypróżnianie się nie było postrzegane jako zachowanie w złym tonie. Załatwienie potrzeb na zewnątrz nie sprawiało problemów, wystarczyło przystanąć i ściągnąć spodnie. Panie miały ułatwione zadanie, gdyż pod ciężkimi stelażami sukien nie nosiły bielizny, więc wystarczyło tylko na chwilę przystanąć…

W pomieszczeniach królowały nocniki, które opróżniano… wylewając zawartość przez okno! Jeszcze do końca XVIII wieku, idąc polskimi ulicami i chcąc uchronić się przed lecącymi z nieba nieczystościami, trzeba było głośno oznajmiać swoją obecność, krzycząc: „Idzie się!”. Ponieważ sytuacja ta była dość uciążliwa, w niektórych miastach urzędowo nakazano wylewanie nieczystości jedynie w określonych godzinach.

Na zamkach (mowa tu głównie o zamkach krzyżackich) budowano specjalne wykusze lub wieże ustępowe zwane gdaniskami. Były to wieże włączone w system obronny zamku. Konstruowano je w ten sposób, aby nieczystości spadały wprost do otaczającej zamek fosy.

Ulice tonęły w błocie wymieszanym z ludzkimi odchodami oraz nieczystościami wylewanymi z kuchni i rzeźni. Fetor był nie do zniesienia. Przechodnie, aby nie ugrzęznąć w ulicznej brei, chodzili po deskach kładzionych na ziemi. Deski te szybko się zużywały, więc co kilka lub kilkanaście lat przykrywano je nowymi, co powodowało szybkie podnoszenie się poziomu ulic. Wykopaliska w Elblągu pokazały, że warstwy z XIII wieku znajdowały się co najmniej 4 metry niżej od dzisiejszego poziomu ulic.

Ówczesnym Europejczykom nie pomagały także przesądy, dotyczące czystości. W tamtych czasach słowo „czysty” odnosiło się jedynie do ubrań, nie do ciała. Uważano, że mycie się jest przyczyną chorób, a więc ciało obmywano jedynie lekko nawilżoną ścierką i obficie perfumowano.

Załatwianie potrzeb fizjologicznych nie było czymś tak wstydliwym jak w dzisiejszych czasach. Wbrew znanemu powiedzeniu „tam gdzie nawet król chadza w samotności”, królowie korzystali z toalet w towarzystwie swego orszaku. Czasami król w toalecie prowadził nawet negocjacje. Niektórzy władcy posiadali tron wyposażony w dziurę w siedzisku, dzięki któremu mogli wypróżniać się, przyjmując petentów. Samotne chodzenie do toalety mogło być niebezpieczne, o czym przekonało się kilku władców, którzy właśnie w ten sposób zostali zamordowani. Znalazł się wśród nich również Henryk Walezy, król Polski i Francji.

Trujące wyziewy

Jak nietrudno sobie wyobrazić, nagromadzenie nieczystości na ulicach musiało doprowadzić do rozwoju bakterii i wirusów, a co za tym idzie do licznych epidemii, które dziesiątkowały średniowieczną Europę. Do miast wkroczyły strach i panika. W latach siedemdziesiątych XVIII wieku lekarze zaczęli wiązać liczne choroby z brakiem higieny oraz zanieczyszczeniem miast. Coraz więcej osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych publikacji medycznych dotyczyło konieczności sprzątania nieczystości, a przede wszystkim zamykania ich i wywożenia poza strefy, gdzie przebywają ludzie.

Literatura opisuje także liczne przypadki śmierci spowodowanych wdychaniem oparów zanieczyszczonej wody. W książce Historia czystości i brudu Georges Vigarello podaje przykład z 13 lipca 1779 roku, kiedy to „ogrodnik szpitala Béziers pada martwy na skutek smrodliwych gazów wydobywających się z wody do podlewania ogrodu, woda ta płynie kanałem zbierającym część zawartości ulicznych rynsztoków”.

Czas na sławojki

W Polsce sławojki lokowane były zazwyczaj na środku gospodarstwa tuż obok obornika. W zamyśle były to pierwsze toalety kompostujące, które miały pozwolić na mieszanie odchodów ludzkich z odchodami zwierzęcymi i wykorzystywanie ich jako nawozu.

Jednak w latach 60. XX wieku 70% wychodków zaopatrzonych było w system beczkowy lub osadzonych „na dołkach”. System beczkowy nie był niczym innym jak wkopaną w ziemię drewnianą beczką, w której zbierano odchody. Nad beczką umieszczano drewnianą konstrukcję w kształcie prostokąta z jednospadowym dachem. W środku sławojki umieszczano siedzisko z dziurą, najczęściej wykonywane z drewna. Ciekawostką jest to, że już w tamtych czasach istniały nakładki sedesowe dla dzieci.

Niestety, ponieważ beczki nie były szczelne, zanieczyszczenia często przedostawały się do gleby, zatruwając studnie. Beczki miały jeszcze jeden mankament – mogły zostać rozsadzone na skutek powstawania gazów w procesach gnilnych. W niektórych gospodarstwach otwór betonowano. Kiedy ustęp się zapełnił, robiono obok drugi lub zamawiano pracowników, którzy czyścili i wywozili jego zawartość. Zwano ich „pracownikami nocnymi”.

Jednak samo powstanie sławojek nie przyczyniło się do poprawy warunków higienicznych na polskiej wsi. W XIX wieku obowiązek czyszczenia wychodków należał do ich właścicieli, a zabieg ten nie należał do najtańszych. Aby nie płacić za wywóz nieczystości, ludzie wylewali je często tuż za domem lub na podwórko. Z nowych toalet korzystano raczej niechętnie.

W drugiej połowie XIX wieku do utrzymania toalet w czystości zaczęto używać środków chemicznych, m.in. kwasu karbolowego i siarczanu żelaza, a także chloru. Niestety, nieczystości usuwane z posiadłości nadal wylewano bezpośrednio do rzek. Dodatkowym problemem były powodzie – w czasie wezbrań wszystkie nieczystości wraz z rzeką wylewały z powrotem na grunty. Także w okresach suszy, gdy woda w rzekach opadała, nieczystości wyłaniały się z niej, rozsiewając straszliwy odór, a razem z nim różne choroby.

Toaleta wkracza na salony

Pod koniec XIX wieku łazienki zaczęły na stałe gościć w polskich w domach, jednak nie od razu umieszczano w nich klozet. Początkowo budowano go w gabinetach lub w pokojach.

Pierwsza toaleta z możliwością spuszczenia wody została zaprojektowana w 1596 roku przez angielskiego poetę Johna Harringtona, jednak z powodu braku kanalizacji jego projekt nie cieszył się dużym zainteresowaniem. Wiele lat później, w 1738 roku, spłukiwana toaleta zostaje „ponownie wynaleziona” przez Johna F. Brondela. Mija 20 lat i zegarmistrz Alexander Cummings patentuje kolanko umieszczane pod muszlą, które zapobiega wydobywaniu się nieprzyjemnych zapachów.

Od tego czasu kolejne ulepszenia toalet następują w zawrotnym tempie. Dziś trudno nam sobie wyobrazić dom bez ubikacji. Jednak wrażenie, że dobrodziejstwa kanalizacji występują wszędzie, jest złudne. Domy, które wciąż czekają na podłączenie do kanalizacji, występują nie tylko w krajach Globalnego Południa, ale także w Polsce. W 2012 roku z kanalizacji korzystało w naszym kraju niespełna 65% mieszkańców, większość oczywiście w miastach.

Współczesne toalety są projektowane w różnorodnych kształtach i kolorach. Co wymyślniejsze mają zamontowane podgrzewane lub podświetlane siedziska. Niektóre z nich wyposażone są w funkcje zapamiętywania, kiedy użytkownik najczęściej korzysta z toalety, aby nie podgrzewać siedziska na darmo. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także ubikacje z wbudowanym bidetem. Na rynku dostępne są już toalety przenośne. Obecnie trwają także prace nad toaletami, które będą od razu pobierały i poddawały analizie próbki moczu. Popularność zdobywają też, choć z oporami, nowoczesne toalety kompostujące.

Tak wygląda dotychczasowa historia toalety. Sądząc po powodzeniu jakim się cieszy, przewidzieć można przed nią świetlaną przyszłość.

Anna Chomczyńska



Bibliografia: ­­
Fleming-Cejrowska D., 2005, Problem „miejsc ustępowych” w opiniach lekarzy i mieszkańców Warszawy w drugiej połowie XIX wieku, w: Kwartalnik Historii Kultury Materialnej (nr ¾), Warszawa, ­
­Marcinkowski M., 2005, „Miejsca sekretne” w Elblągu od XII do XIX wieku w świetle wykopalisk, w: Kwartalnik Historii Kultury Materialnej (nr ¾), Warszawa
Kalwat W., 2006, Archeolog w latrynie, w: Mówią Wieki (nr 10)
Krzemińska A., 2006, Historia zapisana w latrynach, w: Świat Nauki (nr 1)
Krzywdziński R., 2005, Ścieki i latryny średniowiecznego oraz nowożytnego Gdańska w świetle źródeł archeologicznych, ­­w: Kwartalnik Historii Kultury Materialnej (nr ¾), Warszawa, ­
­Polak Z., 2005, Średniowieczne i nowożytne urządzenia sanitarne odsłonięte w trakcie badań archeologicznych prowadzonych przy ul. Powroźniczej w Gdańsku w latach 2002-2004, w: Kwartalnik Historii Kultury Materialnej (nr ¾), Warszawa,
Vigarello G., 2012, Historia czystości i brudu. Higiena ciała od czasów średniowiecza, wyd. Wydawnictwo Aletheia, Warszawa,
Wijas-Grocholska E., 2002, Po prostu ubikacje, w: Spotkania z zabytkami, Nr 12

Strony internetowe:
www.ruinyizamki.pl
www.kabinysanitarne.pl


Dowiedz się więcej...