Gdzie się wędzi łosoś norweski?
FACEBOOK |


kontakt


Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”
ul. Zielona 27, Łódź
tel. 42 632 3118
www.zrodla.org

sponsorzy

Projekt „Aby dojść do źródeł, trzeba płynąć pod prąd” o wartości całkowitej 433.900 zł dofinansowany jest w kwocie 378.880 zł ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a jego część pod nazwą „Łodzią po skarb – gra miejska i warsztaty dla uczniów dotyczące ochrony wód” o wartości ogólnej 43.458 zł jest dofinansowana w formie dotacji ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi w kwocie 25.050 zł (słownie: dwudziestu pięciu tysięcy pięćdziesięciu złotych).

Zgodnie z wymogiem WFOŚiGW musimy też podać w tym miejscu link do strony www.zainwestujwekologię.pl



patroni





stat4u


Gdzie się wędzi łosoś norweski?


Polscy i zagraniczni producenci ryb biją na alarm, by Polacy zaczęli jeść więcej ryb. Dietetycy załamują ręce, ponieważ jemy ich najmniej w Europie. Zmartwieni ekonomiści twierdzą, że przecież we wszystkich rozwijających się krajach świata konsumpcja ryb rośnie wykładniczo, a w Polsce niemalże stoi w miejscu. Jesteśmy tak dużym rynkiem zbytu, że można by ich sprzedawać u nas nawet i pięć razy więcej niż obecnie. To nic, że naturalne zasoby ryb, mięczaków i skorupiaków maleją. Mamy przecież rozwiązanie – akwakultury, czyli rybie plantacje.

Rybie przekleństwo zasobów

Dla kilku państw Afryki bogactwo zasobów mineralnych stanowi prawdziwe przekleństwo (np. Demokratyczna Republika Konga bogata w diamenty, złoto, miedź, kobalt czy cynk jest jednym z najbiedniejszych państw świata). Z powodu bogactwa naturalnego kraje te stały się areną konfliktu potężnych korporacji wydobywczych i wpływowych rządów spoza Afryki. Podobnie sprawa ma się i w przypadku ryb: duża zawartość nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3 w rybim mięsie stanowi dla nich swoiste przekleństwo zasobów. Ponieważ wielonienasycone kwasy tłuszczowe pełnią rozmaite funkcje w utrzymaniu ludzkiego organizmu i umysłu w dobrej kondycji, dlatego są towarem bardzo pożądanym. Można je wprawdzie pozyskać również ze źródeł roślinnych, jednak głód białka zwierzęcego jest w tym wypadku dominujący i decydujący.
W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat światowa konsumpcja ryb rosła w tempie 3,2% rocznie. Dzięki temu od lat 60. XX wieku do dziś ilość zjadanych na świecie ryb wzrosła prawie sześciokrotnie. W tym samym czasie ludzka populacja urosła dwukrotnie, co oznacza, że bogate społeczeństwa jedzą już tyle ryb, ile są w stanie, a te rozwijające się próbują je w tej rywalizacji dogonić. Najszybciej gonią Chiny. W 2014 roku całoroczna, globalna produkcja ryb sięgnie niespełna 170 milionów ton. W 2010 r. wynosiła 154 milionów ton, a 50 lat temu około 30 milionów ton. Dzięki temu imponującemu wzrostowi bezpowrotnie zdewastowanych zostało wiele morskich ekosystemów, a kolejne są eksterminowane w równie dynamicznym tempie, jak wzrost produkcji.
Większość europejskich łowisk zostało już w znacznym stopniu przetrzebionych przez rabunkowe (pod względem środowiska i pod względem zasobów państw afrykańskich) połowy, bądź stały się martwymi strefami ze względu na przesycenie wód nawozami rolnymi (przypadek Bałtyku coraz częściej określanego mianem „morza martwego”). 65% poławianych przez europejskie rybołówstwo ryb morskich pochodzi spoza obszaru Europy. Najważniejszym regionem polowań europejskich trawlerów są obecnie okolice Afryki Zachodniej i Środkowej. Cenę za ryby na europejskim stole płacą całe łańcuchy pokarmowe tamtejszych wód, łącznie ze znajdującymi się na ich szczycie mieszkańcami Somalii, których syci Europejczycy i Amerykanie zwykli określać mianem piratów, gdyż Ci – utraciwszy główne źródło pożywienia – zaczęli napadać na zachodnie statki transportujące rozmaite dobra.

Lekarstwo na przełowienie?

Pomimo wysiłków wkładanych w rozwój technologii połowowych, a także eksploracji coraz bardziej odległych od lądów łowisk, połowy ryb morskich już od kilku lat nie rosną i znajdują się na stałym poziomie. W szybkim tempie rośnie jednak spożycie ryb, mięczaków i skorupiaków. Wzrost konsumpcji jest możliwy dzięki zakładaniu farm ryb morskich, czyli tak zwanych akwakultur. Akwakultury umożliwiają, by na stole polskiej, chińskiej, brazylijskiej czy amerykańskiej rodziny gościł łosoś norweski i koktajl z krewetek królewskich. Czołowym rybim farmerem na świecie są rzecz jasna Chiny. Z połowów pozyskują one dziś ponad 16 milionów ton rybich protein, natomiast z akwakultur ponad 41 milionów ton. Spożywany w Europie łosoś najczęściej pochodzi z Chin, Chile, USA i innych części świata. Norwegia produkuje zaledwie 25% konsumowanych ryb tego gatunku na naszym kontynencie. Na całym świecie już około 50% spożywanych ryb, mięczaków i skorupiaków pochodzi właśnie z rybnych farm. Czy to źle?
Rybi farmerzy twierdzą, że doskonale. Podam jedynie trzy ich najważniejsze argumenty. Po pierwsze: akwakultury zmniejszają presję przemysłu rybnego na dziko żyjące gatunki ryb. Po drugie: stosowane w nich bioinżynieryjne technologie (w tym również zaawansowana genetyka) dają pewność, że wyprodukowane mięso będzie posiadało wartości odżywcze na pożądanym poziomie (na przykład odpowiednio wysoką zawartość tłuszczów). Po trzecie: akwakultury zapewniają produkcję ryb oraz owoców morza na stabilnym poziomie i pozwalają na dalsze jej zwiększanie, dzięki czemu ze spokojem można patrzeć na wzrost konsumpcji rosnącej populacji ludzkiej.

Śródlądowa farma krewetek w Belize. Fot. rabi w, CC BY 2.0

A może antybiotyk na wyjałowienie?

A teraz trzy komentarze do argumentacji rybich farmerów. Rzeczywiście funkcjonowanie akwakultur zmniejsza presję przemysłu rybnego na dziko żyjące ryby. Głównie dlatego, że hoduje się w nich przede wszystkim te gatunki, które zostały już w dużej mierze doszczętnie przetrzebione w naturalnym środowisku. Jest to więc argument tyleż zasadny, co sarkastyczny.
Bioinżynieria i zaawansowana genetyka, a także odpowiednia dieta pozwalają uzyskiwać oczekiwane proporcje wartości odżywczych w rybach. Rybie farmy powstają najczęściej w otwartych zbiornikach wodnych, co powoduje, że ryzyko wydostania się zmodyfikowanych genów do środowiska jest wielce prawdopodobne, a to z kolei może spowodować zakłócenia w morskich ekosystemach. Chęć uzyskania odpowiednich wartości odżywczych wiąże się także z koniecznością serwowania odpowiednich pasz. Coraz częściej staje się nią tania, modyfikowana soja, której uprawa zdominowała współczesne rolnictwo i przyczynia się do degradacji gleb i wylesiania. Powszechnym zjawiskiem jest także serwowanie rybom czy mięczakom hormonów przyspieszających wzrost, a koniecznością stało się – szczególnie w zamkniętych zbiornikach – zasypywanie ich antybiotykami, ponieważ monokulturowe farmy są rajem dla wszelkiej maści mikrobów.
Wzrost produkcji białka z organizmów wodnych rzeczywiście jest możliwy obecnie (i jeszcze przez jakiś czas) już tylko dzięki akwakulturom. Jednak i one w tej chwili napotykają już na bariery środowiskowe. Główną ofiarą tego wzrostu są dzisiaj lasy namorzynowe, zwane też mangrowcami. Rozwijają się one wzdłuż morskich wybrzeży i ujść rzek. Są siedliskami bioróżnorodności, źródłem życia wielu gatunków morskich, szczególnie mięczaków i skorupiaków. Stanowią także naturalne zapory: fala tsunami, jaka nawiedziła południowe Indie, najmniejsze straty spowodowała na wybrzeżach zarośniętych przez namorzyny. Drzewo z tych lasów charakteryzuje się cennymi właściwościami: jest twarde, odporne na wilgoć i korniki. Wylesianie jest więc główną przyczyną dewastacji namorzynów. Drugą są akwakultury. Rosnąca popularność koktajlu z krewetek, sushi czy innych specjałów zawierających owoce morza powoduje, że liczba konsumentów skorupiaków rośnie wprost proporcjonalnie do poziomu przełowienia ich naturalnych siedlisk. Dlatego do efektywnych hodowli krewetek wykorzystuje się bogate środowisko lasów namorzynowych, które jest do tego celu idealne. Założenie farmy wymaga wycięcia fragmentu lasu, a monokulturowa produkcja wymusza intensywne stosowanie pestycydów, antybiotyków i sztucznych karm. Wywołuje to spustoszenie w środowisku, więc po kilku latach farmę trzeba przenieść w inne miejsce. Opuszczane miejsca są zniszczone do tego stopnia, że nie jest możliwe przywrócenie ich do pierwotnego stanu. W miejscu bujnego życia pozostają wyjałowione i zerodowane nabrzeża, rozrastające się morskie strefy beztlenowe, zniszczone siedliska wielu istot. Autorzy Światowego Atlasu Mangrowców, wydanego w 2010 roku przez ONZ oceniają, że dotychczas zniszczonych zostało w ten sposób ponad 30% obszarów mangrowców.

Zdecydowanie jednym z największych zagrożeń dla lasów namorzynowych jest szybko rozwijająca się akwakultura. Farma krewetek w Delcie Mekongu. Fot. AMNH Seminars on Science, CC BY 2.0

Raport Banku Światowego prognozuje, że w 2030 roku już 62% owoców morza będzie pozyskiwanych z akwakultur. Jednak, biorąc pod uwagę wzrost konsumpcji, przyszłe 62% to mniej więcej tyle, ile obecne 100%. Nowe akwakultury mają zapewnić wartości odżywcze głównie dla regionów świata obecnie się rozwijających. Tak się składa, że większość światowych lasów namorzynowych znajduje się u wybrzeży tych krajów. Raport Banku Światowego opisuje ten proces optymistycznie, akwakultury mają przecież zaspokoić zapotrzebowanie na wartości odżywcze znacznej części biednej populacji świata. Co prawda w perspektywie długookresowej spowoduje to utratę wielu innych usług ekosystemowych, ale na pewno ten problem uda się rozwiązać dzięki innemu przełomowemu wynalazkowi na miarę akwakultury. Na pewno...

Piotr Dominiak

Opracowano na podstawie:
The State of World Fisheries and Aquaculture
FAO Yearbook of Fishery Statistics Summary tables
Fish to 2030: Prospects for Fisheries and Aquaculture
World Atlas of Mangroves (2010)
WWF „MORE FISH for Healthy Seas” newsletter (January 2012)


Dowiedz się więcej...